fuzel

fuzel

Postprzez jwdawid » Cz sie 10, 2017 11:38

FUZEL

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci wynika wyłącznie z nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności :)

I.

Od trzech godzin cierpliwie przenosiłem dane z protokołów do komputera. Niedaleko mnie siedziała Halina N. - starsza inspektorka do spraw czegoś tam. Była pięćdziesięcioletnią blondynką z lekką nadwagą i włosami upiętymi w staroświecki kok. Jej biurko było uporządkowane, bez zbędnych rzeczy; tylko zdjęcie na blacie, przedstawiające córkę i dwuletniego wnuczka, nadawało szczątkową indywidualność temu miejscu. Za moimi plecami Zofia zdążyła już zdjąć firanki i powoli przecierała parapet mokrą szmatą. Ciągle trajkotała do Haliny, jakby chciała wyrzucić z siebie wszystko, co ją aktualnie zajmowało.
– Lekarz powiedział, że to przez papierochy.
– Ale ludzie przecież żyją tyle lat z tymi guzami, z kaszakami, tłuszczakami, ze wszystkim – stwierdziła Halina.
Wyjrzałem za okno ponad ręką sprzątaczki ścierającej kurz. Wiatr zrzucił parę liści i kwiatów jabłoni na dach mojego samochodu. Czerwona karoseria żarzyła się jaskrawo w upalnym słońcu. Czas rozciągał się niepomiernie, a minuty płynęły jak godziny. Była jedenasta i czułem się znudzony jak uczeń, który z utęsknieniem wyczekuje dźwięku dzwonka na przerwę.
– Ano właśnie, i nic im nie dolega. A jemu powiedział, że to raczysko na własne życzenie.
– Jeden od razu umrze, a drugi przez lata pali i nic się nie dzieje – dodała biurowa specjalistka w dziedzinie onkologii. – Na szczęście u nas w pracy nikt nie pali. – Spojrzała na mnie z aprobatą.
– Całe szczęście, pani Halinko. Całe szczęście. Ja też nie palę. Pół roku już będzie, jak nie palę.
– Szkoda życia.
– Ano właśnie, pani Halinko. W telewizji mówią, że samemu się nie rzuci. Że trzeba tabletki kupować, albo plastry, albo na terapie chodzić. A ja sama rzuciłam. Sama, bez pomocy – powiedziała z naciskiem Zofia.
– Same wydatki.
Zauważyłem, że Halina zaczyna się trochę nudzić i dlatego odpowiada zdawkowo.
– Codziennie paczka papierosów, do tego zapalniczkę trzeba kupić. To są takie pieniądze, że można dobry obiad za to zrobić, na cały dzień.
– Na dwa dni nawet.
– Ano właśnie, pani Halinko. Na dwa dni można obiady pogotować. Jak człowiek sobie uświadomi, ile pieniędzy marnieje, to nie trzeba tabletek żadnych brać ani na terapię chodzić.
Wytarła parapet do czysta, wzięła złożone firanki pod pachę i zawołała:
– Darek! Chodź tu szybko. Podłogę trzeba zmyć.
Nie minęło pięć sekund i przybiegł do nas barczysty, dwudziestokilkuletni mężczyzna, „bardzo nieszczęśliwy”, jak pewnego razu eufemistycznie ujęła to Halina.
– Co mama chce? He he he.
– Podłogę trzeba zmyć.
– Już się robi, mama. Już się robi – powiedział bardzo szybko, ale wyraźnie i z jakąś nienaturalną powagą w głosie. Chwycił za mop i wziął się do roboty. Przykładał się, skupiał na miarę swych możliwości, ale zdawało się, że jego wysiłek idzie na marne. Wiedziałem, że matka za parę minut będzie po nim poprawiać, bo zamiast czyścić podłogę po prostu rozmazywał po niej brud. Od czasu do czasu starała się głośno korygować jego wysiłki, ale jej uwagi docierały do niego fragmentarycznie. Widać było jednak, że za każdym poruszeniem mokrej szczoty kryją się setki codziennie powtarzanych zaleceń: „robota jest ważna i powinieneś ją cenić”, „dbaj o pracę”, „bądź grzeczny dla ludzi”, „nie odzywaj się niepytany”. Coś z tego wszystkiego niewątpliwie odcisnęło ślad na jego umyśle.
Ja tymczasem nie mogłem się skupić. Trzeci raz wprowadziłem już złe dane do rubryki.
– Lekarz powiedział, że pożyje jeszcze trochę, jeśli usuną mu język.
– Trzeba się ratować, jeżeli się da.
– Ano trzeba, pani Halinko. Bo co ja bez chłopa zrobię. No co ja zrobię? – załamywała ręce sprzątaczka.

*

– Ale ten jej Darek śmierdzi. Czy ona tego nie czuje? – zapytała inspektorka minutę po odejściu Zofii z synem.
O jej biurko opierała się Kasia Z. – sekretarka, zgrabna trzydziestolatka w okularach. Miała rude włosy, tyłek jak bochen chleba i bardzo zgrabne nogi, a każde ich poruszenie naturalnie przyciągało męskie spojrzenia. Jej wygląd i kokieteryjność marniały jednak w towarzystwie jej ograniczonego umysłu. Intrygował mnie w niej fakt, że nie znała znaczenia słowa „bynajmniej”, a używała go niemal bez przerwy. I jeszcze to, że jak dotąd nikt jej nie poprawił. Sam chciałem ją uświadomić tysiące razy, ale jakaś wewnętrzna, masochistyczna siła zatrzymywała mnie i zachęcała do powściągliwości. Często można było usłyszeć jej przymilne „bynajmniej, masz rację!”, a w piątki zwykła mawiać: „bynajmniej jutro mamy wolne!”. Teraz, wykorzystując nieobecność szefa, przyszła do Haliny na plotki. Chrupała głośno kawałek wafla ryżowego, przerywając od czasu do czasu, by coś powiedzieć.
– Swojego smrodu się tak nie czuje.
– Ale tego się nie da nie czuć! I patrzy pani – Halina wskazała na podłogę – wszędzie brud. Nic nie zmyte. Przychodzą codziennie na piętnaście minut i biorą za to siedemset złotych miesięcznie. I ten głupek ciągle przynosi mi jakieś długopisy, spinacze. Kradnie je skądś, albo co…
– Za kwadrans roboty dziennie tyle dostają... – W głosie sekretarki znać było oburzenie.
– Rozumiem, że ona ma chłopa chorego, ale tak nie może być. Robotę swoją trzeba zrobić i już.

*

Zostało pół godziny do fajrantu. Wróciłem ze spożywczego mieszczącego się na parterze starej kamienicy za najbliższym skrzyżowaniem. Stanąłem przed wejściem i zapaliłem papierosa. Pierwszego od siedmiu lat. Smakował wybornie. Powoli wypuszczałem dym przez usta i nos, rozkoszując się chwilą. Nagle drzwi się otworzyły i minęła mnie Halina N.. Na ułamek sekundy nasze spojrzenia spotkały się ze sobą. Dojrzałem w jej oczach cień dezaprobaty. Natychmiast pośpieszyła na parking, gdzie stała srebrna toyota. Za kierownicą siedział jej mąż. Twarz mężczyzny zdradzała, że oddałby wszystko, żeby być teraz gdzieś indziej. Odjechali w stronę kościoła. Przypomniałem sobie, że rano wspominała o mszy za swoją zmarłą matkę. Rzuciłem niedopałek, przygniotłem go butem i wróciłem do biura.

II.

Jechałem dwupasmówką. Pas po lewej był wolny, ale wolałem wlec się za tirem swoim dwunastoletnim, nieco zdezelowanym fiatem. Nie miałem ochoty wyprzedzać ciężarówki. Nigdzie się nie spieszyłem. Obok lusterka kołysał się papierowy aniołek, którego znalazłem parę dni wcześniej w biurze, gdy robiłem porządki po swoim poprzedniku i odsunąłem starą szafę. Wyjąłem płytę z pudełka i włożyłem do odtwarzacza. Zagrało przedwojenne tango. Uchyliłem szybę i poczułem delikatny powiew wiatru na twarzy. Cieszyłem się, że upał zelżał. Wsłuchiwałem się w głos Adama Astona nagrany osiemdziesiąt dwa lata temu i udało mi się przestać myśleć o robocie. Świadomość tego dystansu czasowego dodała mi jakiejś dziwnej otuchy. Być może dobrze wpływał na mnie fakt, że coś przetrwało tyle lat, a ja mogę tego słuchać. Coś trwalszego. Być może. „Wybudować pomnik” i takie tam w zakamarkach podświadomości próbowało się zwerbalizować, zmaterializować w myśli, ale zaraz cofnęło się z powrotem. I po chwili jakiś robak ugryzł mnie w duszę. Przecież w tym roku skończę trzydzieści lat. Do czego doszedłem? Co osiągnąłem? Czego mogę się uchwycić? Uchwycić - no właśnie. Wokół jakich spraw ma się kręcić moje życie? Przecież musi się wokół czegoś kręcić! Czym mam wypełnić drugą połowę życia? Różne rzeczy przychodziły mi na myśl. Praca, pieniądze, kobieta, dom, dzieci, podróże, wódka, Jezus Chrystus, Internet, gazety, medytacja, dziewiętnastowieczna rosyjska powieść obyczajowa, chodzenie po górach, idealizm i materializm, kopanie ogródka… A wokół tylko pustka i beznadziejna świadomość daremności wszelkich starań. Zmęczyło mnie to myślenie. Niech więc już będzie tak, jak do tej pory. Niech samo się potoczy, a ja po prostu popatrzę i nadal będę udawał, że w tym siedzę. Chyba znowu zgłodniałem. Postanowiłem, że jednak wyprzedzę tę cholerną ciężarówkę i przekąszę coś w barze szybkiej obsługi.

CDN
Ostatnio edytowano Wt paź 17, 2017 13:37 przez jwdawid, łącznie edytowano 1 raz
jwdawid
 
Posty: 3
Dołączył(a): Cz sie 10, 2017 11:32

Postprzez » Cz sie 10, 2017 11:38

 

Re: fuzel

Postprzez Pan Redaktor » N sie 13, 2017 07:01

Tekst mi się podoba, wciąga, zaciekawia, a to już osiągnięcie, tylko te wielokropki drażnią, bodaj poza pierwszym wszystkie niepotrzebne.
Pan Redaktor
 
Posty: 576
Dołączył(a): So lis 15, 2014 13:26

Re: fuzel

Postprzez jwdawid » Wt paź 17, 2017 13:38

*

Zjadłem ociekającego tłuszczem hamburgera i oparłem się wygodnie o siedzenie, upijając łyk gorącego macchiato. Widok beznamiętnych twarzy kilku osób siedzących przy sąsiednich stolikach odebrał mi ochotę na dalsze przesiadywanie w tym miejscu. Odstawiłem tacę na półkę z napisem „tace”, a do kosza z informacją „nie wrzucać tacy” wyrzuciłem papier, w który zawinięto wcześniej hamburgera.
Ponownie zasiadłem za kierownicą i włożyłem kubek z kawą we wnękę obok skrzyni biegów. Wsunąłem kluczyk do stacyjki i zawahałem się. Uświadomiłem sobie, że mimo zmęczenia nie chcę wracać do pustego mieszkania. Znudzony rozejrzałem się po parkingu. Chudy starzec z długą, brudną brodą chodził od samochodu do samochodu i prosił o pieniądze. Zbliżał się właśnie do czarnego Volvo zaparkowanego obok mnie. Zobaczyłem, że w środku siedzi młoda parka. Coś czule szeptali do siebie. On mówił, ona się śmiała. Ona podregulowała radio i coś mamrotała, on robił maślane oczy i głupio się uśmiechał. Widać było, że Élan vital pulsował swobodnie za szatą konwenansów i aparatem mowy; zapewne w dogodnej chwili (może wyjazd rodziców? wspólna wycieczka?) urzeczywistni się w akcie płciowym owych indywiduów. Miłość. To jest to. Czego więcej chcieć? Ta dziewczyna jest całkiem, całkiem. Ma kręcone włosy. Chyba kasztanowe, ale nie wiem, bo pod wiatą jest trochę ciemno. Może gdybym znalazł podobną, rzadko opowiadał jej o moich bolączkach i znacznie częściej wysłuchiwał opowieści o j e j bolączkach, też byłbym szczęśliwy.
Moje rozważania przerwał włóczęga, który zapukał w szybę. Chłopak uchylił ją.
- Spieprzaj stąd – powiedział i zasunął z powrotem. W jego głosie pobrzmiewała pewność siebie. Był męski, stanowczy, władczy. Niewątpliwie ma zadatki na bycie nikim, ale musi jeszcze dużo popracować. W końcu to żadna sztuka być męskim, stanowczym i władczym wobec słabszych. Może za parę lat będzie czyimś szefem? Może moim? Zobaczymy.
Już wiem. Przyszła mi do głowy myśl, by pojechać do ciotki Baśki i zapytać ją o sens życia. Chyba nie mogłem wymyślić nic głupszego, a jednak miałem wielką ochotę to uczynić. Powiadają, że srebro na głowie to oznaka mądrości. Jak pomyślałem, tak zrobiłem.

III.

Przed Dłutowem skręciłem na Brzęcin. Droga była dziurawa i wąska. Musiałem zjechać na pobocze, by minąć samochód jadący z naprzeciwka. Zostawiłem za sobą parę nędznych ulicówek niewartych wspomnienia. Przed kolejnym rozwidleniem dróg ujrzałem tablicę informującą, że należy skręcić w prawo, by trafić do „Ośrodka Opiekuńczo-Lekarskiego Asklepios”.
Szosa stale wiła się wśród pól i lasów, jakby zbudowano ją specjalnie, żeby auta nie mogły rozwinąć prędkości. Zrobiło się pochmurno i cicho. Od czasu do czasu mijałem jeszcze domy i zabudowania gospodarcze, ale dalej teren stawał się odludny. Po obu stronach drogi ciągnął się monotonny, szary las iglasty. Wreszcie przejechałem po betonowym moście nad wąską rzeczką i ujrzałem długi, dwupiętrowy budynek przypominający szkołę. Zająłem miejsce na absurdalnie dużym, prawie pustym parkingu z napisem „dla personelu i odwiedzających”. A kto, do cholery, zagląda jeszcze na to odludzie?
W recepcji siedziała gruba blondyna w średnim wieku. Mała duże, rybie oczy.
– Proszę się wpisać do książki. Kogo chce pan odwiedzić?
– Barbarę Nowak, moją ciotkę.
– Ciotkę? – Wpatrywała się we mnie bezmyślnie tymi dziwacznymi oczami. Dlaczego ich nie mruży?
– To znaczy siostrę mojej babki. Od strony matki. – Kiedy ona wreszcie zmruży te oczy? Nie dawało mi to spokoju. – Byłem tu dwa tygodnie temu, nie pamięta mnie pani? – skłamałem, nawet nie wiem po co. Jakbym chciał jakoś uwiarygodnić, uzasadnić moją wizytę. Nawet nie pomyślałem, że w każdej chwili może to sprawdzić w swoim rejestrze. Rzecz bez znaczenia, bo widać było, że jest jej to zupełnie obojętne.
– Oddział ogólny. Proszę to dopisać w tej kolumnie, o tu, przy nazwisku. – Zmrużyła oczy. Nareszcie!
Zrobiłem jak kazała, podziękowałem i wziąłem kartę dostępu, którą należało przyłożyć przy drzwiach prowadzących na oddział. W sklepiku na parterze kupiłem dwa serki homogenizowane, gruszkę, jabłko, sok pomarańczowy i ptasie mleczko. Wszystko dwa razy droższe niż w zwykłym sklepie.
W sali panował zaduch. Przywitałem się, ale nikt nie odpowiedział. Na lewo od wejścia znajdowała się łazienka. Dalej ciągnął się rząd łóżek, a przy każdym stała mała brązowa szafka. Na każdej szafce były napoje, talerze i święte obrazki – w różnych proporcjach i konfiguracjach. Podłogę pokrywało dziwaczne gumoleum imitujące lastryko. Za dużym, szerokim oknem rozciągał się widok na parking, a dalej na wysokie sosny posadzone w równych odstępach.
Na czterech identycznych łóżkach leżały sędziwe, zasuszone, nieprzytomne kobiety. Ciotka była najbliżej wejścia. Spała z szeroko otwartymi ustami. Zauważyłem, że zostały jej jeszcze dwa zęby. Dwa trzonowe - jeden na górze, drugi na dole. Ręce wyciągnęła wzdłuż ciała, a kołdra unosiła się i opadała w powolnym rytmie jej oddechu. Przywołałem z pamięci jej obraz sprzed lat. Zanim znalazła się w ośrodku należała do ludzi korpulentnych i tęgich. Teraz była chuda i sflaczała, ale nadal miała okrągłą, rumianą twarz, zupełnie niepasującą do reszty.
Zabrałem stołek, jedyny na sali, i usiadłem obok niej. Po kilku sekundach drzwi się otworzyły i do pomieszczenia weszła pielęgniarka. Młoda, mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Miała czarne włosy spięte gumką i zmęczoną, ale pogodną twarz. Ucieszyłem się na widok przytomnej osoby, a ona dostrzegła to i posłała mi życzliwy uśmiech. Zbudziła ciotkę i wyjęła termometr. Trzymała go w ręku, ale zanim nim potrząsnęła przyjrzałem się jej dłoniom. Były delikatne, gładkie. Smukłe palce, zadbane paznokcie. Hipnotyzujące. Moja dawna miłość też miała takie dłonie. Zawsze narzekała, że są zimne, a ja rozgrzewałem je w swoich.
Ciotka zakaszlała i otworzyła oczy. Spojrzała w moją stronę biblijnie, to znaczy patrząc, ale nie widząc.
– Pani Basiu, teraz mierzymy temperaturę – poinformowała ją pielęgniarka i zabrała się do rzeczy.
– A ty to kto? - Staruszka zwróciła się w moją stronę i podciągnęła nieco na łóżku, aby mnie lepiej widzieć.
– Janek Kowalski, twój... twój... – Kurczę, jak to się nazywa? - Wnuk cioteczny.
– Kto?
– J a n e k.
- Ach, dobrze już. Czekałam na ciebie. – Staruszka opadła ponownie na poduszkę i odetchnęła głęboko. Wymieniliśmy z pielęgniarką porozumiewawcze spojrzenia. Po chwili kobieta podeszła do następnej leżącej, a ta zaraz po przebudzeniu zwróciła się do niej piskliwym, denerwującym głosem:
- Będzie kolacja?
- Będzie – odpowiedziała.
- A o której?
- O piątej, pani Ewuniu. Proszę cierpliwie poczekać.
- Dobrze.
Pielęgniarka pokrzątała się parę minut. Poprawiła pościel, wyjęła termometr spod pachy mojej ciotki i stwierdziła, że temperatura jest w normie. Potem wyszła z sali. Miała jakąś dobroć w tych swoich zmęczonych oczach. Rzadki widok u ludzi. Częściej widuje się go u krów.
- Przecież miałam nie umierać – odezwała się ciotka. Nie miałem pojęcia, do czego nawiązuje. – Czekałam na ciebie.
- Cieszę się ciociu. Jak ci się tu miewa?
- Oj źle mi jest. Bardzo. Powiedz im, żeby nie robili mi krzywdy.
- Kto ci robi krzywdę?
- Oni, kują mnie tu. Wbijają te igły – odciągnęła rękaw i pokazała swoją sękatą rękę, na której odznaczały się wypukłe, szare żyły. Nie było śladów po ukłuciach, poza jednym miejscem na wysokości łokcia.
Nagle z sąsiedniego łóżka dobiegł nas piskliwy głosik:
- Będzie kolacja?
- Będzie – odpowiedziałem bezwiednie.
- A o której?
- O piątej.
Pani Ewa znów zamilkła.
- Ciociu, może zjesz serek? - Wyjąłem truskawkowy serek homogenizowany i rozejrzałem się za łyżeczką.
- Nie, pić mi się chce.
Sięgnąłem po pilot, który leżał z boku łóżka. Przycisnąłem guzik i przytrzymałem go przez moment. Górna część łóżka podniosła się o kilkanaście centymetrów. Teraz staruszka znajdowała się w pozycji półsiedzącej. Położyłem serek na szafce, nalałem sok do kubka ze słomką i podałem jej. Piła łapczywie. Gdy zaspokoiła pragnienie, popatrzyła na mnie z zadowoleniem.
- Tadziu, zabierzesz mnie stąd?
Tadeusz był jej jedynym dzieckiem. Zginął w wypadku prawie trzydzieści lat temu. Był wtedy w podobnym wieku jak ja.
- Zabiorę, ale musisz tu jeszcze trochę poleżeć.
- Powiedz im, żeby mnie tak nie męczyli.
- Powiem, obiecuję.
Wtedy przyszedł ten moment. Czułem, że cała absurdalność świata spłynęła w to miejsce i ułożyła w mojej głowie pytania, które po chwili wypowiedziałem głośno i wyraźnie:
- Ciociu, na co to wszystko? Czemu musimy rodzić się na tym paskudnym świecie? Czemu raczej coś niż nic? Powiedz, co robić?
Nie odpowiedziała. Czekałem w głuchej, przeciągającej się ciszy, a ona tylko patrzyła na mnie i milczała. Ale nie był to już tępy wzrok beznadziejnej sklerozy. Jej spojrzenie mówiło znacznie więcej niż słowa. Byłem tego pewien. W kąciku jej lewego oka dojrzałem łzę. Spłynęła wolno po policzku i opadła na kołdrę. Pytanie bez wątpienia dotarło do umysłu, mimo że nie znalazła w sobie żadnego rozwiązania. A przecież wyprzedzała mnie o długie dziesięciolecia.
Wtem z tej przejmującej, niedorzecznej ciszy wyrwał nas piskliwy głos dochodzący z sąsiedniego łóżka:
- Będzie kolacja?
- Będzie, do kurwy nędzy! - wykrzyknąłem.
- A o której? – pani Ewa zadała pytanie najspokojniej w świecie.
- O piątej.
Wstałem. Ukłoniłem się grzecznie, zostawiłem torbę z prowiantem i wyszedłem z tej przeklętej sali.

CDN
jwdawid
 
Posty: 3
Dołączył(a): Cz sie 10, 2017 11:32

Re: fuzel

Postprzez Pan Redaktor » Śr paź 18, 2017 08:06

Podoba mi się. Jeżeli autor życzyłby sobie opublikować prozę w PKPZin, proszę o przesłanie tekstu na adres redakcyjny.
Pan Redaktor
 
Posty: 576
Dołączył(a): So lis 15, 2014 13:26

Re: fuzel

Postprzez jwdawid » Śr paź 18, 2017 12:00

Pan Redaktor napisał(a):Podoba mi się. Jeżeli autor życzyłby sobie opublikować prozę w PKPZin, proszę o przesłanie tekstu na adres redakcyjny.


Bardzo dziękuję za tę ocenę. Nie ukrywam, że zachęca do dalszej pracy nad tekstem. Jak tylko tekst będzie już zamkniętą całością prześlę go na adres redakcyjny (aczkolwiek liczę się z tym, że wtedy ocena może być już inna). Pozdrawiam :)
jwdawid
 
Posty: 3
Dołączył(a): Cz sie 10, 2017 11:32

Postprzez » Śr paź 18, 2017 12:00

 


Powrót do Proza

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron