Na ostrzu noża

Na ostrzu noża

Postprzez Urbi » Pt lip 14, 2017 08:16

Miała ścierpnięte ręce. Nie wiedziała już, ile czasu minęło, odkąd przywiązał ją do krzesła, splótł z tyłu nadgarstki, by nie mogła się poruszyć. Kilka razy traciła przytomność. Krew z rozciętych warg i skroni ściekała stróżkami na białą koszulę, gdzie zastygała, tworząc barwne wzory. Tuż przed nią, na skrzynce z jabłkami przykrytej płótnem, leżał wielki, lśniący nóż. Znała go aż nazbyt dobrze, każde małe wyżłobienie jego ostrza, starannie utrzymywaną w czystości, idealnie pasującą do wnętrza dłoni, rękojeść.
Wrażenia, na których próbowała się skupić, te tańczące w przestrzeni pełnej kurzu refleksy światła, przedzierające się przez szpary w suficie promienie słońca, wydawały się czymś natchnionym, cudownym, niosącym nadzieję. Próbowała wyciągać szyję mocno, najmocniej jak potrafiła, by życiodajne ciepło delikatnie pieściło jej opuchnięte powieki. Gdzieś tam, nad mroczną piwnicą, nadal trwał jasny i dobry świat, podczas gdy ona przestępowała kolejne kręgi w drodze prowadzącej donikąd. Zamykała oczy, by spróbować przypomnieć sobie cokolwiek, coś z tamtego życia, które okrutnie jej teraz wydzierano. Nie było to łatwe. Jakiś mechanizm obronny nie pozwalał jej na powrót. Mogła jedynie czekać na ten najstraszniejszy odgłos. Nie pomyślałaby wcześniej, że dźwięk kroków może wywoływać tak silne pomieszanie zmysłów, paraliżować całe ciało, wszystkie nerwy, odbierać oddech.
Po podłodze walały się białe kości. Kilka brunatnych plam na nieheblowanych deskach, brudne łachmany porzucone w kącie, słoiki ustawione w równych rzędach na prowizorycznych półkach, te z marynowanymi grzybkami, domowymi kompotami oraz te z bladożółtą cieczą, w której pływały kawałki zwierzęcych organów. I duszący zapach – jak mogła go wcześniej nie rozpoznać? – zastanawiała się. Przecież od dawna była tutaj obecna ta słodko-gorzka woń nieumiejętnie zakamuflowanej zgnilizny. Te wszystkie zasuszone bukiety ziół, wiszące u powały domu, nie potrafiły się z nią rozprawić.
Za każdym razem, gdy tu przychodziła, wybierała na siedzisko właśnie to stare, odrapane krzesło, pamiętające minioną epokę. Chybotało się i skrzypiało przy każdym ruchu, ale i tak było najsolidniejszym meblem z całego dobytku właściciela. Chata prezentowała się biednie i staromodnie, lecz Julce nigdy to nie przeszkadzało. Pan Roman swoim nielicznym gościom oferował to, co miał najlepszego – konfiturę malinową do herbaty, placki ziemniaczane ze śmietaną, ciepłą i parującą wątróbkę z cebulką, czasem kieliszek wódki. No i oczywiście swoje towarzystwo, może pokryte szorstkością starego samotnika, ale w gruncie rzeczy życzliwe. Tak jej się przynajmniej wydawało. Aż dziw, że staruszek tak umiejętnie radził sobie z prowadzeniem skromnego gospodarstwa. Tylko te noże – cały zestaw wielkich błyszczących noży rzeźniczych wiszących na haczykach, tuż obok kaflowej kuchni. Kiedyś ją przerażały, zwłaszcza, gdy Roman, z papierosem w zaciśniętych ustach, ostrzył je i czyścił po zakończonych „obowiązkach”. Miejscowi chętnie korzystali z jego usług. W zamian za poderżnięcie gardła baranowi, cielakowi, świni – odwdzięczali mu się kawałkiem udźca, kilkoma groszami, butelką bimbru. Był precyzyjny i nigdy nie męczył zwierząt niepotrzebnie. Pracował w skupieniu. Gdy patrzył w oczy wykrwawiającego się bydlęcia, na gasnące w jego źrenicach iskry życia, świat wydawał się dla niego nie istnieć. Umiejętnie zabijał, oprawiał, dzielił mięso, a potem pił trzy dni – wesoły jak młody źrebak, skłonny do żartów, niewybrednych co prawda, jak to samotny mężczyzna, hasał tak aż po zmierzch, kiedy to, trzymając się opłotków, gramolił się ciężko do domu.
Tylko ostatnimi czasy jakby zmarniał, zszarzał, odpływał myślami gdzieś daleko. Zrzucała to na karb wieku, w którym każdy trochę dziwaczeje, oddala się od ludzi, inaczej postrzega życie, jego uroki i niedole. Im bliżej końca, tym więcej melancholii za minionym, utraconym na zawsze, pogrzebanym wraz z upływającym cicho dniem. Nieraz przyłapywała go na tym, że patrzy na swoje trzęsące się już ręce, jakby próbował zrozumieć, gdzie podziała się ich siła i zręczność. Wiedziała, że sąsiedzi coraz rzadziej przychodzą po pomoc, przez co czuł się niepotrzebny, spisany na straty, po prostu stary. Nie podejrzewała nawet, iż w gruncie rzeczy nie owego zajęcia tak mu brakuje, ale tych mistycznych chwil, gdy był świadkiem gaśnięcia jakiejś istoty, w oczach której dostrzegał lęk, niepewność, niezrozumiałą bezsilność.
***
Niewielki, spróchniały już most spowijała mgła. Prawie nie widział swoich dłoni wyciągniętych niepewnie w przestrzeń. Obmacywał każdy centymetr sześcienny powietrza, jakby obawiał się, że trafi na jakąś niewidzialną ścianę, a przecież przemierzał tę drogę wiele razy wcześniej. Znał ją dobrze. Jednak coś mówiło mu, że to nie jest ta sama ścieżka między nadrzecznymi drzewami, że to nie to samo miejsce, które mijał w drodze na pastwiska. Coś się zmieniło w tej godzinie duchów, coś bezpowrotnie odkształciło rzeczywistość. I jego samego również.
Kiedy dobrnął wreszcie na drugą stronę, poczuł ulgę. Cały ciężar, który niósł ze sobą, pochłonął nurt wody. Spojrzał za siebie, by upewnić się czy to wszystko dzieje się naprawdę, lecz dostrzegł tylko słabe refleksy księżyca przeglądającego się w ciemnej topieli. Po parcianym worku nie było już śladu. Odetchnął głęboko, otarł nerwowo zlane potem czoło i poszedł przed siebie. We wsi psy ujadały zawzięcie, roznosząc po okolicy echo piskliwego jazgotu.
Dzień wstał duszny, upalny, jak to w lipcu. Już od wczesnych godzin porannych trudno było oddychać tą spiekotą. Nawet muchy zaprzestały typowego naprzykrzania, łażąc ociężale po resztkach wczorajszej kolacji, pozostawionej niechlujnie na stole. Obudził się w skotłowanej pościeli, która lepiła mu się do skóry. Odrzucił ją ze wstrętem i wyszedł na podwórze. Krowy ryczały głośno, jedna przez drugą, domagając się pożywienia. Postanowił jednak w pierwszej kolejności zmyć z siebie cały brud, który, miał wrażenie, zagnieździł się głęboko pod skórą, w każdym porze i zakamarku ciała. Wylewając na siebie pierwsze wiadro rześkiej wody, poczuł, jak bardzo bolą go mięśnie. Zauważył też kilka wyraźnych zadrapań, a na przedramieniu małą ranę, jakby ślad po ugryzieniu. Jasna koszula, porzucona niedbale obok cembrowiny, znaczona była tysiącami maleńkich czerwonych kropek, a także jedną większą plamą, podłużną, w miejscu, gdzie wytarł nóż. Przez chwilę zamajaczyła mu w falującym zwierciadle czyjaś twarz z szeroko otwartymi, jak do krzyku, ustami. Podniósł ze zroszonej trawy pozostawioną tu na noc butelkę i wypił połowę jednym haustem. Gdy skończył, oporządził bydło, na następnie wystawił przed ganek swoje jedyne krzesło, włożył w usta papierosa i niemal odruchowo zaczął czyścić noże. Przyzwyczajenie jest przecież drugą naturą człowieka.
Ostatnio edytowano Śr lip 19, 2017 07:37 przez Urbi, łącznie edytowano 1 raz
Urbi
 
Posty: 17
Dołączył(a): Pn maja 15, 2017 08:33

Postprzez » Pt lip 14, 2017 08:16

 

Re: Na ostrzu noża

Postprzez Pan Redaktor » N lip 16, 2017 20:29

Historia jest ciekawa, nie podoba mi się natomiast masa błędów interpunkcyjnych i te zaimki przez pół tekstu, pod którymi autor ukrywa bohaterkę.
Pan Redaktor
 
Posty: 693
Dołączył(a): So lis 15, 2014 13:26

Re: Na ostrzu noża

Postprzez Urbi » Wt lip 18, 2017 07:39

Dziękuję bardzo za opinię. Jeśli chodzi o zaimki, nie mam nic na swoją obronę. W kwestii interpunkcji sądzę, że nie jest tak źle, choć może to ja czegoś nie widzę. W takim wypadku proszę o wskazanie popełnionych błędów.
Urbi
 
Posty: 17
Dołączył(a): Pn maja 15, 2017 08:33

Re: Na ostrzu noża

Postprzez Pan Redaktor » Śr lip 19, 2017 07:04

Oj, żeby wszystkie przecinki tutaj wyszczególnić, potrzebowałbym przynajmniej godziny, a nie mogę sobie na to pozwolić, ale coś mi mówi, że już w drugim zdaniu brakuje dwóch ;)
Pan Redaktor
 
Posty: 693
Dołączył(a): So lis 15, 2014 13:26

Re: Na ostrzu noża

Postprzez Urbi » Śr lip 19, 2017 07:46

Panie Redaktorze, bardzo dziękuję, rzeczywiście w drugim zdaniu brakowało dwóch przecinków, choć w tekście literackim, jak pisze choćby w szkolnych podręcznikach do gramatyki, interpunkcja ma większą dowolność, zależnie od sensu zdania. Prosiłam o skonkretyzowanie zarzutu, aby zorientować się, czy zna się Pan na zasadach lepiej ode mnie i mogę się czegoś nauczyć. Niestety, nie udało mi się tego stwierdzić, bo wykręcił się Pan ogólnikami, nadal utrzymując, że miniatura najeżona jest błędami. I w dodatku w takiej ilości, że szkoda Panu czasu.
Urbi
 
Posty: 17
Dołączył(a): Pn maja 15, 2017 08:33

Re: Na ostrzu noża

Postprzez Pan Redaktor » So lip 22, 2017 06:40

Pani post jest wewnętrznie sprzeczny - wskazałem Pani już dwa błędy interpunkcyjne w drugim zdaniu, czy się wykręciłem? Proszę wybaczyć, ale zrobienie profesjonalnej korekty tego tekstu zajęłoby mi godzinę, może dłużej. Nie uważam, żeby takie było moje zadanie, zwróciłem uwagę na problem, ale to nie mój tekst, nie jest to też moją pracą, żebym robił Pani korektę tekstu.
Pan Redaktor
 
Posty: 693
Dołączył(a): So lis 15, 2014 13:26

Postprzez » So lip 22, 2017 06:40

 


Powrót do Proza

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron